niedziela, 25 września 2016

REFLEKSJE PO ARTYKULE "BYĆ JAK MONTY DON?"

W relacji ze spotkania blogerów wspominałam o wystąpieniu Ewy, która zamieściła je na swoim blogu w rozszerzonej wersji.
Temat wydał mi się ciekawy i tezy autorki skłoniły mnie do napisania tego tekstu. Ilustracją niech będą brzydkie miejsca w moim ogrodzie.
Mam nadzieję, że poniższy post można uznać za ożywienie relacji międzyblogowych, co postuluje Ewa.

Jak każdy, mam swoje obserwacje dotyczące blogosfery ogrodniczej, ale są wyrywkowe. Dzięki analizie Ewy, mam pełniejszy obraz. Lubię w szerszym kontekście widzieć swoje działania. Nie po to by się podporządkować, upodobnić do ogółu. Mam nadzieję, że to pomoże znaleźć mi swoje miejsce, niszę, bardziej wyraziste oblicze bloga.

W tytule Ewa przywołała  niekwestionowany autorytet Monty’ego Dona, żeby skłonić nas, blogerów, do refleksji - po co piszemy i w jakiej formie chcemy zaistnieć w sferze publicznej?
Poszukiwanie konkurentów dla Monty’ego stało się pretekstem do analizy aktualnego stanu blogosfery ogrodniczej (o tym przeczytajcie u Ewy).
Naturalnie, zamiast Monty’ego Dona, można w poszukiwaniu odpowiedzi na postawione przez Ewę pytania, wstawić innego mistrza ogrodnictwa. W moim przypadku on sprawdził się doskonale, jeśli chodzi o wywołanie autorefleksji,  udało się Ewie osiągnąć cel.

Monty’ego uwielbiam.

I za treści i za formę.
Przede wszystkim za jego opowieści o ogrodach . Bo dla mnie zawsze ważniejszy jest ogród jako całość, nie rośliny .
Lubię jego relacje z własnego ogrodu w Longmeadow (który, nawiasem mówiąc, nie jest dla mnie najpiękniejszy…), ale przede wszystkim lubię jego pasjonujące opowieści o zwiedzanych przez niego ogrodach świata. Zawsze pokazuje prezentowany ogród jako element kultury danego kraju, danego momentu w historii, wskazuje na kontekst społeczny, co jest dla mnie szczególnie ciekawe. 
Jednocześnie robi to wszystko w interesujący sposób, z pasją, nie stroniąc od osobistych refleksji. To lubię!

Mimo swego niekwestionowanego autorytetu Monty z szacunkiem i wyrozumiałością odnosi się do poczynań innych ogrodników, nawet, jeśli według niego są niedoskonałe. Może to tylko styl programów, a może jego styl – jak by nie było, to z pewnością wzór do naśladowania i dla amatorów  i dla profesjonalistów, piszących o ogrodach. Przyznam, że czasem mi tego brakuje w blogowych tekstach.
Monty ma klasę.

Pewnie, że chciałabym być jak Monty!
Chciałabym mieć taką wiedzę, takie umiejętności i do tego świadomość, że wszystko to osiągnęłam sama.
I wykorzystywać to w swoim ogrodzie. I dzielić się tym z innymi ludźmi.
Chciałabym być pisarką i utrzymywać się z popularyzacji ogrodnictwa. Być autorytetem.
Jednak realnie oceniam swoje możliwości, wiem, że nie uda mi się tego osiągnąć.
Ale mogę zmierzać w tym kierunku.

tu dopiero kiedyś będzie ładnie, mam nadzieję
 


Brutalne pytanie – ile mam z Montego?
Jest mi bliski, bo podobnie, jak on, jestem samoukiem. Przynajmniej startowaliśmy tak samo!

Na tym etapie (według klasyfikacji Ewy) oceniam się jako: amator zaawansowany. Mam pewne doświadczenie i wiedzę, przy jednoczesnej świadomości ogromu nietkniętych obszarów.

I pojawia się pytanie - czy to upoważnia mnie do „zabiegów edukacyjnych”? Opisywania roślin, pisania o stylu..?
Odpowiedziałam twierdząco, bo piszę o swoich doświadczeniach, a nie jako autorytet. Myślę, że dobrze się czyta o doświadczeniach, sytuacji, podobnej do własnej. A moje rozmyślania są formą poszukiwań, a nie przedstawiania dogmatów .

Pasję mam nie mniejszą niż Monty! To może być moim atutem, bo niektórym profesjonalistom jej brakuje.
I ja wolę pisać o ogrodzie niż o poszczególnych roślinach, zawsze szukam dla nich kontekstu, ciekawi mnie rola, jaką mogą pełnić.

a tu nic do siebie nie pasuje - brzydko, więc zmiany w toku
 

Czy mam wyrażać osobiste opinie? W jakiej formie to robić?  Czy jako amator mam prawo krytykować?
Uważam, że istotą bloga jest osobisty charakter wypowiedzi.
Dlatego prezentuję swoje opinie, sympatie i antypatie, nawet w przypadku dzieł mistrzów sztuki ogrodowej.
Dałam sobie do tego prawo – ich dzieła są publiczne, a mój głos, to głos przeciętnego odbiorcy.

Ale co innego skrytykować Hidcote czy Pałac Kultury, a co innego ogród Marysi, która go kocha.
Jak Monty staram się zachować otwartość i szacunek dla dokonywanych przez innych ogrodników wyborów, nawet jeśli budzą moje wątpliwości. Myślę, że jest to szczególnie ważne, gdy opinia dotyczy zwykłych pasjonatów ogrodnictwa, którzy traktują swoje ogrody prawie jak dzieci, którzy mogą mieć niskie poczucie własnej wartości i dla których ogród bywa terapią. Którzy chcą dzielić się swoją radością z ogrodu.  Po co im brutalna prawda o poczynionych błędach czy złym guście? Człowiek jest ważniejszy niż zasady.
I żeby nie było wątpliwości – to JA jestem tym zwykłym pasjonatem ogrodnictwa. Wiem, że chociaż zawsze chętnie słucham rad i wręcz proszę o uwagi, nie byłabym w stanie niczego się nauczyć, przeczytawszy, że mój ukochany ogród jest typowym przykładem bezguścia, że mój styl to obciach i że lata świetlne upłyną zanim mój ogród zacznie wyglądać.

a tu ciężko i bez wdzięku, kilka roślin jest "na wylocie", zmiany w toku
 

Lubię krytykę, ale życzliwą, bez wywyższania się.
Co innego napisać: bardzo mi się to nie podoba, bo…a co innego: to jest beznadziejne, to bezguście.
W pierwszej wersji prezentuje się swój (może kontrowersyjny, może niesłuszny) pogląd, w drugiej zaś - niby ogólną, obiektywną opinię, nie pozostawiając wątpliwości, czy to jedyna, właściwa ocena.
Myślę, że uwagi w pierwszej formie łatwiej przyjąć osobie, która się stara, a jej nie wychodzi, ale szuka wzorów i pomocy. Mnie byłoby łatwiej.

U Monty’ego (i innych angielskich popularyzatorów ogrodnictwa) bardzo cenię to, że stale przekonują, że wszystko jest w moim zasięgu, że dam radę sama, że uda się nawet bez pieniędzy, nawet na małym skrawku ziemi i bez zatrudniania fachowców. Monty i jemu podobni, wychodzą na przeciw realiom przeciętnego ogrodnika, propagując dobre wzorce. To dla mnie ideał.

a tu totalny bałagan - jestem w trakcie całkowitej reorganizacji
 

Ewa poruszyła także kwestię komentarzy czytelników.
To oczywiste, że bardzo je lubię – są dowodem, że ktoś czyta, że zainteresował go tekst, można wymienić się poglądami, doświadczeniami, radami. Także poznać nowych ludzi. Takie interakcje są dla mnie ważne.

Podobno czasem wątpliwości budzą krytyczne uwagi czytelników i odmienne opinie. Czasem z tego powodu komentarze są usuwane…
Ja założyłam moderację komentarzy, bo dużo się nasłuchałam o hejcie w internecie. Zdarzyło mi się nie opublikować pseudo komentarza – reklamy. Nie puściłabym chamskiej czy wulgarnej wypowiedzi.
Ale nie wyobrażam sobie usunięcia czyjejś opinii, bo jest kompletnie niezgodna z moją.

Ewa zadała jeszcze jedno pytanie - jaki jest mój wyobrażony czytelnik?
Otóż nie podeszłam do bloga profesjonalnie, bo w ogóle o tym nie myślałam. Mówiąc brzydko, nie nastawiałam się na żaden target.
Piszę o istotnych i ciekawych dla mnie sprawach z nadzieją, że może ludziom się to przyda albo po prostu czytanie sprawi im przyjemność.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby czytelnikiem był zielony ignorant (niedawno sama taka byłam). Uczyłam się biologii i hodowałam fasolki, ale te doświadczenia gdzieś mi umknęły.  Nie jest dla mnie problemem odpowiedzieć komuś na pytanie z podstawowego zakresu, np. co to jest bylina.
Przecież zamiast „podręcznika do szkoły średniej z zakresu architektury krajobrazu” przyjemniej jest poczytać o tych podstawach w barwnej formie na blogu.
Dla posiadacza ogrodu, zainteresowanego ogrodnictwem, też piszę. Sama jestem na tym etapie, więc liczę na znalezienie wspólnego języka.
A wybredny ogrodnik… – mam nadzieję, że coś u mnie znajdzie. Może relacje z ogrodów, których nie miał okazji zobaczyć, które go zainspirują, a może spędzi przyjemne minuty, uśmiechając się na wspomnienie siebie sprzed lat, czytając o moich perypetiach? A może dam mu szansę bycia pomocnym, bo mi coś doradzi?
Tak więc nie mam konkretnego adresata. A raczej liczę, że w każdej z wyłonionych przez Ewę grup może znaleźć się mój czytelnik. Może to błąd…

Ewa pisze o niedosycie pewnych wątków w blogosferze – chciałabym wpisać się w wypełnianie tej luki np. w kwestii pewnej filozofii ogrodu – np. propagowania rozwiązań ekologicznych, postrzegania ogrodu jako całości.
Podoba mi się też idea wspólnych kampanii blogerów, pro publico bono, w sprawie, którą uznajemy za ważną.
Jeszcze jedna sprawa została poruszona  – dbałości o ładną polszczyznę, prawidłowe nazewnictwo roślin. Zgadzam się, że osoba, która decyduje się upubliczniać swoje teksty powinna dbać o poprawność językową.

Mam natomiast inne zdanie niż Ewa w kwestii stylów ogrodowych – tak, lubię o nich pisać, czytać i się nad nimi zastanawiać.
Po pierwsze dlatego, że to część historii kultury.
Ale może być też punktem odniesienia dla nas, tworzących ogrody. Pokazuje zależności, możliwe efekty i może być źródłem inspiracji. Ja np. dużo czytałam o stylach, kiedy szukałam wizji swojego ogrodu.
Myślę, że dobrze jest znać style historyczne i współczesne, tak jak warto znać reguły, poruszać się w nich swobodnie, wybierać, a potem ewentualnie je łamać. Osobom mniej kreatywnym czy niepewnym siebie, jak ja, to daje poczucie bezpieczeństwa. 
Warto tylko pamiętać, że style mogą być inspiracją, a nie wzorem do odtworzenia, bo tego, jak napisała Ewa, zrobić się zwykle nie da.
A jeśli potem ktoś próbuje stworzyć u siebie namiastkę ogrodu śródziemnomorskiego, bo chce przywołać wspomnienia wakacji swego życia – dla mnie to ok. Monty też to aprobuje.
Sama bym tego nie zrobiła, bo ważna jest dla mnie np. harmonia z otoczeniem, ale każdy ma inne priorytety i to też jest ok.

I tak doszłam do jeszcze jednej kontrowersyjnej kwestii – czy o gustach się nie dyskutuje?
W zasadzie zgadzam się, że o gustach dyskutować warto, bo takie wymiany poglądów napędzają estetyczne zmiany, jak napisała Ewa. Jednak nie jest to łatwe, bo bardzo szybko można urazić się wzajemnie, a wtedy dyskusja schodzi na poziom emocji, a nie merytorycznych argumentów. Generalnie uważam, że nasze umiejętności rozmawiania nie są największe, więc często jednak warto unikać takich rozmów.

I to by było na tyle, bardzo dużo mi się uzbierało tych refleksji. Mam nadzieję, że jakieś komentarze się pojawią…

30 komentarzy:

  1. Pasja na pewno jest Twoim ogromnym atutem, co do tego nie mam wątpliwości, żyjesz ogrodem, tworzeniem spójnej koncepcji, czyż nie dązysz do wspólnego mianownika otoczenia, warunków naturalnych i odzwierciedlenia sewgo charakteru w ogrodzie?
    Masz prawo krytykować wyrażając osobiste opinie nie tylko prowadząc blog. Konstruktywna krytyka z zachowaniem kulturalnej formy wypowiedzi może być niekiedy wskazówką, drogowskazem o ile ogrodnik poszukujący zechce wyłuskać cos pozytywnego, a większość z nas to amatorzy będący w różnych punktach tej samej drogi.
    Niedawno przeszukując wątki o meblach ogrodowych na pewnym forum natknęłam sie na sytuację krytyki o zupełnie odmiennym charakterze, otóż pokazywano na czym i przy czym kto zasiada w swoim raju. Każdy zachwalał co tam ma, na co stać jego wyobraźnie i finanse, co tu kryć meble ogrodowe exclusive kosztuja fortunę. Tak więc jedni byli chwaleni, inni ścinani z nóg, bo jedynie słuszne okazywały się teakowe a reszta to badziewie. Tak z pozycji Wszechmocnego oceniała pani z grubym portfelem, bezmyslność? snobstwo? chamstwo? czy wszystko razem?
    Adresaci...otóż przemknęła mi mysl, że jako pasjonat piszesz dla pasjonatów, po prostu....a trafiające tu osoby wpadna przelotem bądź zostana na dłużej, bo tzw.adresaci szukają nadawcy emitującego teksty poruszajace jakieś ukryte struny w ich umysłach, znajdą je wrócą, nie znajdą pójdą dalej. Ot zwykłe sprzężenie zwrotne pokrewnych dusz.
    Dyskusje o gustach są konieczne, mimo gwarancji emocjonalnych następstw, byleby nie były dogmatami.....
    Kwestię czystości języka rozumiem jako szacunek dla czytajacych, to oczywiste.
    Byc może nie tego oczekiwałaś, nie jestem blogerem/co za paskudne słowo/ i byc może nie powinnam zabierać głosu....ale dobrze mi się pisze u Ciebie...EwaSierika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, głos czytelniczki jak najbardziej uprawniony! I podoba mi się Twoja definicja czytelnika bloga, myślę, że jest bardzo trafna.
      Przytoczony przez Ciebie przykład z ławkami ilustruje trudności z dyskusją o gustach. Często zapominamy, że obok upodobań estetycznych są też możliwości finansowe, a siedzisko czy stół to nie są rzeczy, które łatwo można zrobić samemu. Jeśli do tego dodamy arbitralny ton - z takiej wymiany zdań, poza urazą, nic nie wynika. A przecież takie rozmowy powinny przynosić korzyść - czy to radę, jak można na miarę możliwości zrobić coś ładnego i pasującego, czy chociaż sprawić przyjemność akceptacją dokonań. Kiedyś byłam na szkoleniu, gdzie uczono nas, że w każdej rzeczy można znaleźć jakiś pozytyw, nie było to łatwe, ale bardzo pouczające.

      Usuń
  2. Ja, ja jestem Marysią, która kocha swój ogród!
    I czytanie Twoich tekstów sprawia mi przyjemność.
    Jeszcze większą sprawiają mi zdjęcia Twojego ogrodu i tych, które pokazujesz.
    Uczę się i dzięki blogom takim jak Twój, jestem JUŻ na etapie zaawansowanego ignoranta:)
    Zaczęłam zwracać uwagę na harmonię kolorystyczną w ogrodzie. Dotąd wydawało mi się, że im bardziej kolorowo, tym lepiej. Mówiąć krótko - czerpię stąd mnóstwo inspiracji i informacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wsparcie, Hana. Taki odbiór, to jeden z powodów, dla których piszę. Sprawiłaś mi przyjemność!

      Usuń
  3. Być jak Monty Don? Nie, być sobą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święte słowa, Wietrzyku, najważniejsze, to zachować wierność sobie. Zwykle jednak szukamy autorytetów, a wybieramy takie, które reprezentują ważne dla nas sprawy. Tak w moim przypadku jest np. z Monty Donem. Czasem autorytet pomaga utrzymać się na wybranej drodze, szczególnie jeśli biegnie ona w innym kierunku niż większość. A czasem pozwala odkryć, co tak naprawdę nam w duszy gra.

      Usuń
  4. Dobry temat! Po co piszę, sama nie wiem i często się nad tym zastanawiam. Jedyna odpowiedź - bo lubię. Zapędów edukacyjnych nie mam, ale myślę sobie, że mogę coś komuś przekazać, żeby nie musiał uczyć się na błędach własnych, a skorzystał z moich, już popełnionych. Piszę, żeby pokazać, że można. Że można zrobić coś z niczego, czyli ogród z ugoru. Bez projektanta, bez fortuny, a z pasją i cierpliwością. Czy to się komuś przyda? Może? Język i styl był , jest i zawsze będzie tym, po czym poznaję autora i albo dodaję go do mojej listy, albo więcej nie zaglądam. Montego bym dodała, a pewnej pani od balkonów już nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Gaju, ja też myślę, że zaletą blogów jest właśnie możliwość dzielenia się doświadczeniami - swoich błędów, samodzielnej pracy, sprawdzonych pomysłów... A nie nauczanie ex cathedra. To ostatnie można znaleźć w książkach, a to pierwsze jest niezbędne dla kogoś samodzielnie tworzącego ogród.
      Ogrodnik, którego stać na fachowca, tego w ogóle nie potrzebuje. Ale czy to jest wtedy ogrodnik?

      Usuń
  5. Ja jestem ogrodnikiem poszukującym. Nie stylu bo już wiem co mi w duszy gra lecz inspiracji. Nie krytykuję, bo każdy tworzy swe miejsce na ziemi takim by czuć się w nim dobrze i chyba o to chodzi ale poszukującym podpowiadam gdy tego ode mnie oczekują. U Ciebie jest inspirująco więc chętnie zaglądam czerpiąc wiedzę i nowe pomysły i za to właśnie Ci dziękuję,
    Wiesia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja Ci dziękuję, Wiesiu, za słowa uznania.
      To jest dla mnie dylemat - czy najważniejsze jest, aby właściciel czuł się dobrze w swoim ogrodzie, czy najważniejsze jest korzystanie z dobrych wzorów estetycznych, spójność ogrodów z otoczeniem, wpisanie się w tradycję, żeby całe otoczenie wyglądało lepiej. Co ważniejsze - moje zadowolenie czy uroda mojego miasta czy wsi?
      Obecnie przychylam się do poglądu, że najważniejsze jest, aby właściciel był szczęśliwy w swoim ogrodzie. Ale to nie jest takie oczywiste, wątpliwości pozostają.

      Usuń
    2. Z pewnością miasto czy gmina powinny narzucić jakiś wzór nasadzeń przed ogrodzeniem by okolica nie była ogólnym chaosem i widzę, że niektóre gminy próbują już ten temat ogarnąć. Natomiast to co za płotem to już trudniejsza sprawa, bo nie każdy uważa że ładniej jest gdy ogród wtopi się w krajobraz. Wiele ludzi chce na siłę wyróżnić się z otoczenia i tak chyba jest nie tylko w temacie "ogrody"

      Usuń
    3. No, właśnie... Myślę, że jednak jakieś regulacje powinny być. I praca u podstaw. Może przepisy i dobre wzorce przyczyniłyby się do poprawy estetyki naszych miast i wsi.

      Usuń
  6. Hmmm... Ten post pokazuje, że nie tylko mój ogród jest nieidealny, że potrzeba jeszcze mnóstwo pracy, aby był takim upragnionym. Bardzo dziękuję za ten tekst i za zdjęcia. Dodały mi otuchy w osiągnięciu mojego wymarzonego ogrodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że kiepsko wyglądające części mojego ogrodu dodały Ci otuchy. Przecież zawsze podkreślam, że mojemu ogrodowi do ideału daleko, oj, daleko... Powiem Ci, że kiedy tak widzę wiele cudownych i idealnych ogrodów, to mnie to trochę załamuje, a nie dodaje energii. Wtedy widzę swoje błędy jeszcze ostrzej i boję się, że nigdy nie będzie lepiej. Lubię przyglądać się metamorfozom, tworzeniu, etapom prac, patrzeć, jak stopniowo ogród pięknieje. To mi daje wiarę, że i z moim tak będzie. Działajmy, Chrabąszczyku!

      Usuń
  7. Mój ogród = ogród w wiecznej przebudowie. Gdy już myślę, że to koniec zmian, pojawia się kolejny fragment wymagający pilnej reorganizacji. Nie ma lekko. A że jakaś roślinka jest ładna? To nic, bo w połączeniu z innymi pięknościami efekt wow! nie jest gwarantowany:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co..? Twoja wizja ciągłej reorganizacji mnie przeraża... Cały czas mam nadzieję, że jednak osiągnę stan pewnej harmonii w ogrodzie i rewolucje się skończą. A pewne korekty i drobne zmiany to już sama przyjemność.
      I masz rację, że piękne rośliny nie oznaczają pięknego ogrodu.

      Usuń
    2. A ja najbardziej lubię rewolucje w ogrodzie :), takie regularne dbanie o to co już rośnie wionie nudą. Nie liczę więc na to że w moim ogrodzie zapanuje kiedyś harmonia ;)

      Usuń
    3. O, matko... a ja o tym marzę! Już samo myślenie o rewolucji mnie wykańcza. Może to wiek...
      Ale Tobie, w takim razie, życzę stale świeżych pomysłów, nieustającej energii i radości z dokonywania zmian w ogrodzie. A Ty mi życz opanowania sytuacji i spokoju!

      Usuń
    4. Dziękuję, bo energii ostatnio mam coraz mniej, a opanowania sytuacji i spokoju życzę Ci z całego serca, choć jakieś ogrodowe rewolucje w Twoim wykonaniu chętnie bym jeszcze zobaczyła :)

      Usuń
    5. Z pewnością zobaczysz, jestem w środku reorganizacji, czeka mnie też realizacja nowych pomysłów. Zapraszam

      Usuń
    6. Będę podglądać regularnie :)

      Usuń
  8. Iza, rośmieszyłaś mnie...przeraża Cię ciągła reorganizacja, mi tez wydawało się, że już blisko, jeszcze tylko drobne zmiany...a tu nagle wyskakuje kilka miejsc do sporej korekty, oj sporej, nie stresuje mnie to wcale, jedynie denerwuje mnie, że wlecze się to zbyt długo ze przez bzdurne powody.
    Stan pewnej, jak to nazywasz, harmonii osiągnęłaś..przecież masz mnóstwo pięknych zakątków powiązanych spójną ideą, wytworzyłaś klimat, który zachwyca...a że cos tam jeszcze nie dograne? Iza w tworzeniu ogrodu oprócz perfekcji potrzebny jest luz, czasami spontaniczność, chyba zbyt dużo od siebie wymagasz.....Ewa Sierika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ładnie... Ja tu się zadręczam, a tu życzliwa, wydawałoby się, osoba robi sobie śmichy-chichy...
      Nie mam wrażenia, że osiągnęłam stan harmonii, ciągle nie. Przyjedziesz, to zobaczysz, nie jest tak różowo. Masz rację, chyba widać pewną ideę, spójność ogrodu, może klimat... Ale tyle jest dysonansu.
      No, wiem, perfekcjonizm mnie zabija, to okropna cecha. Żeby tak można było sobie łykać co rano tabletkę luzu... Na poziomie racjonalnym zgadzam się z Twoim zdaniem, ale opanować to emocjonalnie mi trudno. Jak to pisałam wczoraj u Gai, nie jestem pogodzona z rzeczywistością.

      Usuń
  9. Izo, chyba żle wyartykułowałam wstęp do akapitu stylach, bo zupełnie nie o to mi chodziło. Chodziło mi o skrótowe przedstwianie stylów ogrodowych - coś w rodzju styl w pigułce. A do tego jeszcze pasujące do tego stylu elementy, tu wstawisz krzesło, tu lawendę i będzie ogród w stylu śródziemnomorskim. Tak nie da się stworzyć ogrodu (bo rady te ewidentnie do początkujących posiadaczy ogrodów są kierowane). Tego nie lubię.
    Natomiast przedstawianie różnych ogrodów w kontekście historycznym i kulturowym - przecież to uwielbiam. O czym, mam nadzieję, zaświadzca mój blog. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, no widzisz, źle Cię zrozumiałam. Pewnie, że "pigułkowe" skróty w poradnikach upraszczają i nie przekazują istoty rzeczy. Według mnie, mogą być raczej drogowskazem, żeby szukać w tym kierunku, a nie na ich podstawie tworzyć ogród. Czym więcej o tym myślę, tym bardziej skłaniam się ku poglądowi, że styl, to nie przedmioty czy rośliny, tylko określony nastrój ogrodu. I opisy różnych przykładów z danego stylu pomagają go uchwycić i znaleźć pomysły, jak go przenieść do siebie. Albo stwierdzić, że się nie da.

      Usuń
  10. Tak to jest jak się zaczyna oglądać cudze ogrody :)
    Znam ogród Izy można powiedzieć bardzo dobrze. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz był dla mnie idealny. Nic nie trzeba było zmieniać. Wszystko do siebie pasowało. Ale ogród który poznałam za każdym razem kiedy go widzę zmienia się i to bardzo.
    To chyba normalne, bo ja też ciągle coś sadzę, przesadzam, ale nie na taką skalę. No i ja nie jestem aż takim pasjonatem. Uwielbiam mój ogród, sprawia mi wielką przyjemność przede wszystkim sadzenie nowych roślin. Ale od pewnego czasu zauważyłam, że nie tylko same rośliny dla mnie sa ważne, ale też ogólne wrażenie. To chyba wynika z momentu mojego życia, coś się zmieniło, uspokoiło.
    Może to co i jak robimy zależy od chwili w której jesteśmy w danym momencie?
    Dlatego nie patrzę na czyjś ogród krytycznie, bo wiem, że za każdym działaniem czai się coś. Oczywiście są bezguścia totalne, ale może to wynika z niewiedzy, z tego, że nie widzieli czegoś innego. Może ze stanu ducha w danym momencie? ...
    Na na koniec dodam, że cieszę się, że każdy ogród jest inny, bardzo indywidualny. Chyba wolę takie niż te zrobione perfekcyjnie przez projektantów. Trochę ułomności nie zaszkodzi, bo chyba każdy z nas ma jakieś wady
    Ale się rozpisałam, chyba za mało dzisiaj było rozmowy dla mnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, przecież to właśnie miejsce na rozmowy, choć może nie tak doskonałe, jak przy bezpośrednim spotkaniu!
      Cieszę się, że widzisz zmiany w moim ogrodzie, mam nadzieję, że na lepsze.
      Z pewnością nasze działania mają bezpośredni związek z naszym aktualnym stanem, momentem życia. Myślę, że najważniejsze, że szukamy... A błądzenie po drodze jest naturalne, bardziej tu pomoże wsparcie, a nie krytyka.
      I ja nauczyłam się doceniać różnorodność ogrodów, także doceniać urodę tych niedoskonałych. Bo tak, jak napisała ostatnio Megi, za każdym takim ogrodem stoi człowiek, który go tworzył i wkładał w to serce.

      Usuń
  11. Wolę zdecydowanie te rozmowy bezpośrednie. Jakoś jeśli chodzi o ogrody wolę mówić, niż pisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli następne spotkania mamy murowane!

      Usuń