poniedziałek, 15 lutego 2016

OGRODNICTWO TO STYL ŻYCIA

Tak napisałam w swoim profilu. Bo jestem przekonana, że to nie tylko hobby, któremu poświęcamy 5 godzin w tygodniu ze swojego cennego czasu.
Dziś będzie o mojej prywatnej filozofii życiowej i o jej realizacji w praktyce. Śmiało mogę powiedzieć, że wywróciła moje życie do góry nogami, bo 15 lat temu ogrodnictwo dla mnie nie istniało!

wesołe i bezpretensjonalne ślazówki
 
Co myślę o sobie i świecie?
Kiedy już odkryłam, że nie ma nic przyjemniejszego od uprawiania roślin... Kiedy przekonałam się, ile radości daje obserwowanie, jak maleńka sadzonka zmienia się w bujnie kwitnącą kępę kwiatów... Zaczęła do mnie docierać świadomość, że i ja jestem częścią tego świata.
Że podlegam takim samym prawom przyrody, jak dzwonek, brzoza czy kalina.
Wiem, że dla wielu osób może to być bulwersujące,  ale pomyślałam, że wcale nie mam większych praw do życia na tym świecie, jak one. Nie wspominając o wszelakich stworzeniach.
 
Spod igieł wyłazi już dzwonek Poszarskiego
 
Zaczęłam na wszystko patrzeć całościowo, bo dostrzegłam, że nic nie może funkcjonować w oderwaniu od reszty. Że wszystko jest powiązane i zależne. Ogród jest przecież żywym organizmem, to nie dom z pokojami, które są wypełnione martwymi sprzętami. W ogrodzie wszystko od siebie zależy i jedno wynika z drugiego.
Wczoraj np. czytałam, że wiejskie jajka na targu mogą mieć ogromną ilość dioksyn, bo ludzie w okolicy palą w piecach śmieciami. A wydawałoby się, że to nie ma ze sobą nic wspólnego...
Ale działa to też w drugą stronę - jeśli posadzę kilka drzew i dbam o ptaki, mam swój mały udział w ochronie przyrody. Każda posadzona roślina, każda pszczoła w moim ogrodzie, jeden mały, ładniejszy kawałek świata  –  ma znaczenie. Suma takich drobnych działań, ich wypadkowa –  wpływa na wszystko dokoła.
Mam więc poczucie sensu działania, poczucie sprawczości. A to podbudowuje.
Podobnie, jak kreatywność, którą ogród wyzwala czy samorealizacja, która tu odbywa się bez rywalizacji.
To daje spełnienie, poczucie dumy, radości i satysfakcję. No, po prostu same pozytywy!
U mnie też zakwitły nieśmiało pierwsze przebiśniegi!
 
Obserwacja ogrodu sprawiła, że teraz jakoś łatwiej przychodzi mi akceptacja tego, co nieuniknione. Ogrodnictwo uczy, że wszystko przemija. Każda roślina i każdy z nas. To nie jest złe – po prostu jest.
Pojawiają się myśli, że życie nie płynie linearnie, ale że toczy się po kole. Że stanowi pewien powtarzający się cykl. Że nic nie ginie, tylko zmienia formę, postać i odradza się. Wszystko jest w bezustannej przemianie.
 
Żeby nie było wątpliwości – nie jestem bynajmniej aniołem filozoficznego spokoju!
Oczywiście, ogrodnik jest targany silnymi emocjami, co tak fajnie opisuje często ostatnio przywoływany Capek.

Np. teraz bardzo martwię się moją trzmieliną - kiepsko wygląda...
 
Niestety, zdarzają się w życiu i poważniejsze problemy.

Ale i tak jest zwykle ogrodnik jest bardziej zrównoważony niż przeciętny mieszkaniec miasta.
Myślę, że człowiek zamknięty cały dzień w pudełku samochodu lub pokoju, widzi wokół siebie same problemy. Emocje są skondensowane, wszystko tłoczy się wokół. To wyprowadza z równowagi, wyzwala agresję, emocje nieadekwatne do rangi sprawy. 
A wystarczy wyjść na otwartą przestrzeń, gdzie widać niebo, drzewa, jest powietrze – i wszystko nabiera właściwych proporcji. Często problemy przestają nimi być, a stają się sprawami do załatwienia albo wręcz do odłożenia na półkę.
Daje to niesamowity dystans do wszystkiego, rzeczy jawią się w innych rozmiarach i nabierają innego znaczenia.
Przychodzi spokój - zadziwiające, że dzieje się to tak szybko..! Czasem wystarczy parę minut spaceru, czasem głęboki oddech na tarasie i spojrzenie na ogród.

A może nie wszyscy to tak odczuwają..? Wiadomo, ogrodnik to człowiek nawiedzony.

Przedzierają się kiełki liliowców
 
Wartości, jakie cenimy, wpływają na działania, nie tylko w ogrodzie. Co innego robię?
Podpisuję petycje, daję jakieś pieniądze, adoptuję pszczoły itp. Dokarmiam zwierzęta, przygarniam psy, odwracam żuczki, które się przewróciły na plecy, staram się jak najmniej szkodzić...
Inaczej uprawiam ogród. Wiem, że rośliny mają wzajemne „sympatie”, wspomagają się w walce ze szkodnikami, więc w warzywniku staram się stosować zasadę dobrego sąsiedztwa.
Jeśli w ogrodzie dbam o bioróżnorodność, żyje tam wiele stworzeń, zwykle panuje równowaga i szkodniki mają swoich naturalnych wrogów, więc bez drastycznych środków z mojej strony sobie poradzą.
Uświadomiłam sobie, że moje działania (nawet z dobrą intencją) są ingerencją – więc mogą zrujnować chwiejną równowagę. Więc staram się działać ostrożnie, bo jestem tylko jednym z wielu czynników.
A jeśli gleba jest dobra, bogata w mikroorganizmy, materię organiczną – rośliny są silne, szkodniki nie są dla nich bardzo niebezpieczne. Może lekko je uszkodzą, ale pójdą sobie poszukać słabeuszy. Więc staram się być cierpliwa.
 
Piszę to, nie żeby przekonywać kogoś do naturalnych metod pielęgnacji ogrodu, ale żeby pokazać, jak przestawiło mi się w głowie.
Czy ja 15 lat temu w ogóle wiedziałam, że w glebie są jakieś organizmy..?  No, oczywiście że wiedziałam – że są jakieś robale i glisdy.
 
Razem z krokusami pojawiły się tulipany
 
Ponieważ zaczęłam dostrzegać wzajemne zależności i rozumieć, że to działa jak zasada naczyń połączonych, że „efekt motyla” to nie bajka, nie stosuję tzw. chemii w ogrodzie.
Ale przestałam też używać wielu kosmetyków, lakieru do włosów i wielu innych „niezbędnych” rzeczy. A wszelkie preparaty stosuję bardziej naturalne i delikatne.
Na przeziębienie – najpierw własny sok z malin i łóżko.

...a to fiołki
 
Starannie wybieram filmy - to też jest przecież „ładowanie” siebie.
I nie dlatego, że sobie czegoś zabraniam! Po prostu inne rzeczy zaczęły mi pasować.
 
 
Jestem dużo na dworze, bez względu na pogodę, bez porównania więcej niż kiedyś.
Pracuję fizycznie, w ogrodzie mam swoją „siłownię”. Nie będę wchodzić w szczegóły, każdy ogrodnik zna to z autopsji.
Czyszczę narzędzia, robię konfitury, wożę obornik,  czytam o ogrodach, piszę bloga, nawet mam konto na Facebooku, co w moim pokoleniu wcale nie jest powszechne.
 
...a tu wyłazi hiacynt
 
Praca w ogrodzie albo praca koncepcyjna nad jego udoskonalaniem – to także regeneracja sił psychicznych. Tu mam swój gabinet terapeutyczny. Ogrodnictwo pomaga podbudować poczucie własnej wartości, pozwala cieszyć się sukcesem. Jest dla mnie źródłem optymizmu i nadziei.
 
Znikoma część zeszłorocznych zakupów
 
A z bardziej przyziemnych spraw – inaczej wyglądają moje finanse.
Bo ogrodniczy styl życia, oczywiście, kosztuje. Inaczej więc wydaję pieniądze.
Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dorobiłam się własnej jednostki monetarnej: „1 roślina” = 10 zł . Wszystko przeliczam na ilość roślin, które mogę kupić za dana kwotę. Po co mam kupować na mieście jedzenie, skoro mogę wziąć kanapkę, a za tę kasę kupić roślinę..?
Ważniejsze stało się kupienie nowego sekatora niż nowej spódnicy. Takie wybory są codziennością.
Przyznam też, że wydatki na urządzanie i pielęgnację ogrodu są znaczną pozycją w budżecie domowym.
Są więc jakieś gorsze strony tego stylu życia.

Śliczna kępka krokusów
 
Inaczej też wypoczywam - najchętniej wśród przyrody – w ogrodzie, w lesie, w ciszy, wśród zieleni. Gdybym mogła wybrać – pobyt w Nowym Jorku czy Yellowstone – nie zastanawiałabym się ani chwili.
 
Skoro tak spędzam czas – to inaczej wyglądam ( i nie tylko dlatego, że się postarzałam). Przestałam kupować eleganckie kostiumy i szpilki, mam beznadziejne paznokcie... Mimo przybywających lat, ubieram się bardziej na luzie. Dbam o ciuchy i lubię ładne rzeczy – ale inne.  I nie z konieczności – tak lepiej się czuję.
Chociaż ostatnio postanowiłam, że muszę trochę zadbać o strój do pracy w ogrodzie, nie mogę przez pół życia wyglądać jak „mietła”. Może zamiast kaloszy donaszanych po dzieciach jakieś kolorowe wellingtony..? Ale przecież za to mogłabym kupić co najmniej 10 roślin!

Moje pomidory
 
Co innego jem
Warzywnik, który pojawił się w moim ogrodzie stosunkowo niedawno, jest także przejawem nowego stylu życia. Bo skoro zrozumiałam, że wszystko jest od siebie zależne, naturalne stało się, że to, co jem, ma znaczenie. Więc własne warzywa są konsekwencją. I własne przetwory także. I studiowanie etykietek ze składem produktów spożywczych.
No i mięso – nie jem prawie wcale – skoro uważam, że wszystkie stworzenia mają takie samo prawo do życia, jak ja – nie przykładam ręki do hodowli zwierząt w celu ich zabijania.

Te tulipany chyba nie powinny być tak duże w połowie lutego...
 
Zmieniło się także moje życie towarzyskie.
Dzięki ogrodnictwu poznałam wiele nowych osób – różnych pod każdym względem, ale z jedną wspólną cechą – kochających ogrodnictwo. Więc zawsze jest o czym pogadać, uczyć się od siebie nawzajem, dzielić radościami i smutkami. Stałym elementem życia stały się spotkania z nowymi przyjaciółmi lub korespondencja z nimi.
Stałą pozycją  w kalendarzu – różne wydarzenia związane z ogrodnictwem – wystawy, wyprzedaże, wyjazdy. Już niedługo jadę na poznańska Gardenię na zjazd blogerów!
 
No i tak wszystko mi się w głowie poprzekładało... Co innego cenię i inaczej funkcjonuję niż kiedyś. Lepiej!
A dla uspokojenia tych, którzy uznali, że jednak zachwiały się proporcje w tym moim stylu życia, powiem, że jest w nim miejsce i na rodzinę i na muzykę i na pranie i na teatr i na marudzenie i na wiele innych rzeczy.
Pozdrawiam wszystkich stylowych ogrodników!

Zarumienione kiełki tulipanów

46 komentarzy:

  1. Ha, Ha! Super! Jeszcze wiele można dodać: jak naukę fotografowania roślin, znajomość topografii i GPS - gdzie po sadzonki? dopasowywanie terminów wyjazdów do terminów kwitnienia, a szlaków spacerowych do rozmieszczenia roślin, które trzeba zobaczyć...
    Poza "kulturą przyrodniczą" chyba najważniejsze są kontakty ludźmi, którzy są po prostu fajni, zaryzykuję.
    Serdeczności, widzimy się na Gardenii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham mój pierwszy i ostatni w życiu ogród , choć taki on marny, pusty, nowy...A najbardziej za to, że daje mi poczucie absolutnego luzu - tu wszystkie niepowodzenia kwituję stwierdzeniem "no trudno, nic na to nie poradzę". Tu dopiero odczułam, jaki to luksus móc sobie nie radzić - z chwastami, robactwem, pogodą i innymi wrogami ogrodnika, jak fajnie mieć takie problemy. W realnym życiu jest niestety zupełnie inaczej.

      Usuń
    2. Każda kolejna rzecz do kochania podnosi jakość życia, prawda? Ten komfort popełniania błędów, za które nikt nie będzie oceniał jest wspaniały. Wtedy można powiedzieć, że błędy nie bolą, tylko uczą.
      Oby takich sfer życia było jak najwięcej!

      Usuń
    3. MAGDO! (jakoś mi się poprzestawiały odpowiedzi)
      Masz rację, że tych nowości w życiu, nowych umiejętności i przyjemności jest więcej. Nigdy nie będziemy się nudzić, ciągle poznawać coś nowego. Jesteśmy i będziemy bogatsi!
      Do zobaczenia, mam nadzieję. Bo jeśli wejściówki są po 100 zł, to się waham.

      Usuń
  2. Czytam o Tobie i jakbym czytała o sobie. Od wielu lat właśnie mi się tak poprzestawiało. Ja jeszcze preszłam na leczenie homeopatyczne z doskonałym skutkiem! Zreszta cała moja rodzina ju jest taka "zwariowana". Ale cieszę się, jestem z tym bardzo szczęśliwa. Nie wyobrazam sobie innego zyciaPozdraiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też sobie nie wyobrażam i lubię to wrażenie, że jeszcze tyle dobrego przede mną.
      Moja rodzina jest "zaszczepiona", ale to jeszcze nie to stadium.
      Pozdrawiam bratnią duszę!

      Usuń
  3. Bardzo to ładnie ujęłaś:) Twoja filozofia bardzo bliska jest temu co sama "uprawiam". Miłej zabawy w Poznaniu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczę na sympatyczne spotkanie na Gardenii. Niby jesteśmy takimi indywidualistami, a lepiej się robi na duszy, gdy okazuje się, że ktoś obok myśli podobnie...

      Usuń
  4. Tamaryszku jesteśmy do siebie podobne! Do zobaczenia na Gardenii. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To święta prawda, że ogrodnictwo zbliża ludzi. Do zobaczenia!

      Usuń
  5. :) Jakbym czytała własne myśli....ogród zmienia i to jest cudowne :). Ludzie za bardzo oddalili się od przyrody i dlatego, tak dużo jest zapotrzebowania na terapeutów, a półki w księgarniach uginają się od poradników. Piękny, mądry tekst. Podpisuję się pod nim obiema rękami, kaloszami (z tchibo, polecam pięknę, żółciutkie...zakupione na dziale dziecięcym ;)) i łopatką!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogrodnictwo to zdecydowanie jedno z doświadczeń, które zmienia na lepsze - i nasze wnętrza i świat wokół. Nawet okazjonalny kontakt z przyrodą daje oddech. Cieszę się, że moje przemyślenia są Ci bliskie!

      Usuń
  6. Post prawie filozoficzny. Zawiera moje przemyślenia. Może ogrodnicy mają takie same myśli? Te dotyczące "życia ogrodnika" i te o donaszaniu ciuchów po córkach i nieciekawych paznokci, i braku garsonek. To samo, tak samo. Cieszę się, że ktoś myśli i robi to samo co ja, bo czasem zastanawiam się, czy jestem normalna. Jestem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taka domorosła filozofia, Gaju, ale szczera. Myślę, że dobrze jest świadomie funkcjonować, obserwować zmiany, samemu "odkrywać Amerykę".
      To te wspólne odczucia i doświadczenia łączą ogrodników. Mam wrażenie, że ciągle "odklejonych" od tego, co większość nazywa prawdziwym życiem. Czasem traktowanych z lekceważeniem nawet... Może dlatego tak cieszy świadomość, że takich normalnych obok jest sporo. Pozdrawiam ciepło "wspólniczkę".
      "Green Power!", jak to pisze nasza młodsza koleżanka.

      Usuń
  7. Fajny post. Zgadzam się w zupełności z Twoją ogrodniczą filozofią .
    Faktycznie pod dobroczynnym wpływem zieleni stajemy się innymi ludźmi. Zazwyczaj lepszymi i bardziej wrażliwymi. Inaczej również zaczynamy postrzegać świat i ludzi. Materializm odkładamy na bok,
    a zaczyna liczyć się wnętrze. Pięknie to opisałaś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario! Nasza grupa rośnie w siłę!
      Dobrze, że nie ma opłat za godzinę takiej zielonej terapii. Chociaż może gdyby była płatna, więcej osób by ją sobie aplikowało..? Wystawiana na receptę... biznes by się rozwijał, a ludzie byli szczęśliwsi...E, nic by to nie dało - żeby pojawił się nauczyciel, uczeń musi być gotowy. (gdzie ja słyszałam to przysłowie?)

      Usuń
    2. Przysłowie buddyjskie. Autor nie znany:)

      Usuń
    3. Dzięki za przypomnienie!

      Usuń
  8. Piękny post, swoisty manifest !! :)
    Podpisuję się pod tym rękami uwalanymi ziemią, nogami w gumakach i zzieleniałą duszą! Fantastycznie jest poczytać i odkryć, że ktoś jest tak samo 'nawiedzony' jak my :) Twój post zachwyciał także moją Mamę ( która donasza kalosze po synciu ).
    Chciałabym bardzo poznać Cię w realu ale chyba nie dojadę na Gardenię niestety ! Dobrej zabawy i czekam już na sprawozdanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc przeczytałaś, że powołałam się w odpowiedzi dla Gai na Twój okrzyk "bojowy". Może wyszedł mi manifest, ale na barykady się nie wybieram! Bardziej mi pasuje metoda biernego oporu Gandhi'ego. Ale tak szczerze mówiąc, to mój stosunek do przemocy (wobec ludzi) nie jest do końca jasny...
      Mam nadzieję, że nadarzy się okazja do spotkania. Zawsze z przyjemnością czytam Twoje teksty i podziwiam Twoje zaangażowanie i entuzjazm. A Mamie przekaż serdeczne pozdrowienia od nawiedzonego Tamaryszka!

      Usuń
    2. A co to jest Gardenia? Nie jestem w temacie, a chciałabym:)

      Usuń
    3. To coroczne targi ogrodnicze w Poznaniu (podobne do warszawskich "Zieleń to Życie"), na pewno w internecie znajdziesz wszystkie informacje. Sobota 27 lutego jest otwarta dla publiczności (w miesięczniku Magnolia są darmowe wejściówki). 26 i 27 lutego odbywa się tam spotkanie blogerów ogrodniczych, będą m.in. ciekawe wykłady. To spotkanie otwarte, możesz przyjechać. Ja byłam tego lata na takim zjeździe w Warszawie. Jeśli masz pytania, chętnie napiszę wszystko, co wiem.

      Usuń
    4. Fajna sprawa, ale akurat 27 lecimy do Hiszpanii, więc może innym razem. Chętnie skorzystam z Twoich podpowiedzi dotyczących takich spotkań ogrodniczych.
      Dziękuję:)

      Usuń
    5. Myślę, że następne spotkanie będzie latem w Warszawie na wystawie "Zieleń to życie". Udanych wakacji!

      Usuń
  9. Podpisuję się rękami z odciskami po grabiach i łopacie choć to tylko łąka ,przeczytałam ,fajny post i zastanowiłam się kim ja byłam i co miałam jak łąki nie miałam.Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tekst skłonił do przemyśleń. Konkluzje na pewno były przyjemne. Pozdrawiam i zapraszam do czytania!

      Usuń
  10. I ja podpisuje się obiema rękoma:))Mój ogród tak tylko mój przepraszam nasz jest od 8 lat. Wywrócił życie do góry nogami. Ani przez chwilę nie żałuje, że nie mieszkam w mieście w bloku. Jak nie muszę nie ruszam się nigdzie. Odpoczywam, nie ważne,że po ogarnięciu domu jestem cały dzień w ogrodzie a wieczorem padam na twarz - darmowa siłownia na świeżym powietrzu:))) ale odpoczywam. Po weekendzie z uśmiechem wracam do pracy z głową pełną pomysłów, wypoczęta z zaplanowanym kolejnym weekendem. Nie mam czasu na pierdoły, głupotami się nie zajmuje a na niektórych patrze jakby byli z innej bajki - z dwa iglaczki 1,5 m może przesadzić?:))) i od razu powinna nastąpić poprawa:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią - jeśli robisz to, co kochasz, to nigdy nie pracujesz. Zmęczenie wtedy jest inne, znam to. To jest prawdziwe życie. Pozdrawiam, Alu!

      Usuń
  11. Zadumałam się... hmmm muszę te kosmetyki przedumać, a jednostkę monetarną przywłaszczam choć chyba tak już miałam - w mnie wszyscy wiedzą że wszystko przeliczam na doniczki z bratkami :D
    W zasadzie się zgadzam z Twoimi przemyśleniami tylko te 5 godzin tylko ?:D

    pozdrawiam
    mira

    OdpowiedzUsuń
  12. Więcej nas łączy niż dzieli! I to jest fajne pod każdym względem.
    Chciałam pokazać, że ogrodnictwo to nie jest hobby, na które poświęcamy tylko 5 godzin tygodniowo, po czym wracamy do "normalnego" życia - wręcz odwrotnie - TO jest właśnie nasze prawdziwe życie, bo obejmuje wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak samo i u mnie. Z jednym wyjątkiem. Jednak wolałabym zobaczyć Nowy Jork niż Yellowstone. Pszcz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...a jednak! Ciekawa jestem, dlaczego taki wybór? Pszczółka w Nowym Jorku... Więc życzę Ci tej podróży!

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. Coś tam zaczyna wyłazić z ziemi, powolutku. Trzeba się chyba brać za wiosenne porządki, no, może najpierw za cięcie. Zapraszam ponownie, niedługo ogród obudzi się na całego.

      Usuń
  15. Jakbym o sobie czytała :)))))
    Serdecznie pozdrawiam i życzę owocnego, nowego sezonu ogrodowego!
    Ziutka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam jeszcze jedną nawiedzoną ogrodniczkę! Niech Ci ogród rozkwita, a szkodniki go omijają.

      Usuń
  16. Tamaryszku, masz nie tylko dobrą rękę do roślin ale także do pisania. Pięknie i mądrze ubierasz w słowa swoje przemyślenia. Przemyślenia, pod którymi nie jeden z nas może się śmiało podpisać a nie jest ich w stanie wyrazić tak umiejętnie jak Ty. Dzięki, to była mądra lektura

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się z wizyty właścicielki tak pięknego ogrodu! Bardzo dziękuję za wyrazy uznania, miło mi się zrobiło. Przyjemniej się pisze, wiedząc, że i treść i forma trafia w upodobania czytelników.

      Usuń
  17. Ale super to wszystko ujęłaś.
    Moim marzeniem jest, żeby móc zajmowac się ogrodem non stop. Niestety dopóki pracuję zawodowo jest to niemożliwe, więc i takie gruntowne podejście do ogrodnictwa tez jest niemozliwe. Nie mam czasu na zastanawianie się nad wieloma sprawami. Jakoś wszystko samo przychodzi. Oczywiście, że staram się jak mogę. Ale nic ponad moje siły. Znasz mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Gosiu. Masz rację, że praca zawodowa ciągnie "w inne światy", nie ma na to rady. I ręce i myśli ciągle są rozerwane między pracą a pasją. Byle do emerytury w dobrym zdrowiu!

      Usuń
  18. Izo, pięknie i mądrze to napisałaś! W 90% są to również moje przemyślenia; podobnie myślę i czuję, podobnie 'ogrodowanie' zmieniło moje życie. I również moja przygoda z ogrodem trwa około 15 lat...Te lata to dojrzewanie do ogrodu, to zmiana myślenia, priorytetów i stylu życia. Ale staram się, podobnie jak Ty, żeby rośliny - bardzo ważne w moim życiu - nie przesłoniły mi ludzi. I dlatego od pięciu lat pracuję jako wolontariuszka w hospicjum dla dzieci, a od czterech miesięcy każdą wolną chwilę poświęcam mojej malutkiej wnuczce. To mój najpiękniejszy kwiatuszek - obserwowanie jak rośnie, zmienia się, pięknieje jest fascynujące! Moc serdeczności!!! Dala

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalu, jesteś wspaniałą osobą! Wrażliwą, ciepłą i szlachetną.
      Pamiętam jeszcze z forum, jak w delikatny sposób propagowałaś swoje podejście do ogrodu.
      Dla wnusi taka babcia to skarb! Pozdrawiam i ja.

      Usuń
  19. Wspaniale się czytało! Na dodatek wszystko okraszone świetnymi zdjęciami. Pomidorki najlepsze! Już nie mogę się doczekać, gdy zasadzę je w ogrodzie. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na swój blog http://aranzacjaogrodow.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Miło mi bardzo, że i forma i treść pasuje czytelnikom.
      Ja też już nie wyobrażam sobie swojego ogrodu bez pomidorów. A na pałaszowanie tych własnych jeszcze trzeba trochę poczekać...

      Usuń
  20. Poniewaz natknąłem sie na twoją notke profilową, musze sie podzielic
    moim przemysleniem ostatnio. odnosnie tego, ze nie jesz mięsa.
    Niejedzenie miesa chyba moze byc fajne, ale pomyslmy, co by sie stalo
    gdyby ludzie zrezygnowali z hodowli zwierzat. Aby wyprodukowac 1kg
    tkanki miesnej, zwierzak musi zjesc kilka razy wiecej paszy. To co
    wydala trafia z powrotem na pole. Gleba nie ubozeje. A odchody ludzi ?
    W krajach rozwinietych prawie wszystko idzie do sciekow. Jesli juz
    jakis material daje sie odzyskac w oczyszczalni, to biora go nieliczni
    i w zasadzie nie powinien byc uzyty do wiekszosci upraw, bo jest
    skazony chemią. Wątpie by kiedykolwiek jakis kraj wprowadzil podwojna
    kanalizacje: na scieki chemiczne i na nasze kupy. Ziemia nawozona
    tylko sztucznie w koncu by sie zdegradowała i produkcja roslinna
    bylaby z czasem coraz drozsza. Biedniejsi musieliby chodzic do lasu na
    korzonki, o ile mogliby do lasu wejsc. Dobrze wiec, ze wiekszosc
    wiary żre padline

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy niejedzenie mięsa jest fajne. Nie jem, bo nie chcę zjadać przyjaciół. A tak poważnie, to nie chcę przykładać się do hodowli zwierząt, często w tragicznych warunkach, po to by je zabijać. Ludzie nie jedzą padliny - hodują czujące istoty, żeby je zabijać i to mi się nie podoba.
      Z tego, co wiem, hodowla zwierząt przyczynia się bardzo do zanieczyszczenia środowiska, a znaczna część uprawianych roślin idzie na pasze, podczas gdy mogłaby być pokarmem dla ludzi.
      Myślę, że w tej chwili większość ziemi jest nawożona sztucznie.
      A że człowiek produkuje niewyobrażalne ilości odpadów, także chemicznych, to się zgadzam. I staram się mieć w tym jak najmniejszy wkład.
      Rozumiem, że sprawa jest dyskusyjna, każdy musi sam dokonać wyboru.

      Usuń