Listopad rozpoczęłam artykułem o oborniku, to może zamknę miesiąc tekstem o nawożeniu i podzielę się swoimi doświadczeniami w tej niebagatelnej kwestii.
Zanim napiszę, co i jak stosuję, kilka spraw natury ogólnej.
Po pierwsze, jak wiecie, staram się prowadzić ogród w zgodzie z naturą. M. in. nie stosuję nawozów sztucznych. Albo robię to sporadycznie.
Po drugie - mam beznadziejną ziemię w ogrodzie, jeśli ten żółty piaseczek w ogóle można nazwać ziemią. Ogród leży w otulinie Puszczy Kampinoskiej i to w jej części wydmowej (bo są tu i bagna).
Czyli gleba jest kwaśna (teren porastają sosny), a
masa opadających igieł, utrwala ten stan.
A przede wszystkim jest sucha, piaszczysta i bardzo uboga.
I po trzecie - na takiej właśnie założyłam ogród, w swej nieświadomości nie robiąc wcześniej nic, żeby tę sytuację poprawić. Obszernie pisałam
tutaj o tym swoim podstawowym błędzie i zaprzepaszczonych możliwościach.